Godziny pracy

 

pon.-pt. 10.00-21.00

sob. 10.00-15.00

ndz. 10.00-14.00

 

Więcej

 

 

logo FE Infrastruktura i Srodowisko UE EFRR

Projekt Przebudowa Biblioteki Głównej Województwa Mazowieckiego w Warszawie. Etap II został sfinansowany przez Unię Europejską, ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego, w ramach Programu Operacyjnego Infrastruktura i Środowisko, oraz przez Województwo Mazowieckie (w ramach wkładu własnego).

Książnica Pruszkowska zaprasza uczniów szkół pruszkowskich wszystkich stopni i typów do wzięcia udziału w konkursie literacko – plastycznym. Konkurs jest organizowany w związku 75 rocznicą likwidacji getta w Pruszkowie, która przypada 3o stycznia 2016 r.

* * *

Zadaniem uczestników będzie artystyczne przetworzenie okupacyjnych wspomnień pruszkowianina Aleksandra Żuławskiego – Rozenbluma (1935 – 2014). Historia matki z małoletnim synem zmuszonych do ukrywania swojej tożsamości z powodu żydowskiego pochodzenia. Opis pięcioletniej ucieczki przed śmiercią, wielokrotne zmiany kryjówek, spotkania z prześladowcami i wybawcami.

Utwory literackie mogą zawierać elementy fikcji; nie muszą odnosić się do całości wspomnień Olka Rozenbluma, mogą dotyczyć jedynie wybranego wątku.

Cztery formy konkursowe

    Krótkie opowiadanie do dwu tysięcy słów.
    Wiersz do 150 słów
    Sztuka dramatyczna lub scenariusz filmu dla akcji nie dłuższej niż 30 minut.
    Wykonanie plakatu, który syntetycznie zilustruje przeżycia małego Olka i jego rodziny. Odzwierciedlenie dramatu matki i jej dziecka żyjących po „aryjskiej stronie” z fałszywymi papierami i prawdziwym wyrokiem śmierci. Dramat bezbronnych osaczonych przez absolutne Zło, próbujących uniknąć śmierci z małymi szansami na powodzenie. Wymiary pracy – minimum A3, maksimum A1.

* * *

Najlepsze prace będą opublikowane przez Książnicę Pruszkowską. Szansa na debiut artystyczny.

REGULAMIN KONKURSU LITERACKO-PLASTYCZNEGO

DLA UCZNIÓW SZKÓŁ PRUSZKOWSKICH

PRZYGODY OLKA PO ARYJSKIEJ STRONIE

Patronem i organizatorem konkursu jest Książnica Pruszkowska.

Skład Komisji Konkursowej, która będzie oceniać prace:

Grzegorz Zegadło – przewodniczący

Flawia Ramatowska

Marian Skwara

Grzegorz Witkowski

Tadeusz Jakubowski

Celem konkursu jest:

1) uczczenie 75 rocznicy likwidacji getta pruszkowskiego,

2) upowszechnienie wiedzy na temat losu pruszkowskich Żydów w czasie okupacji hitlerowskiej,

3) umożliwienie wykazania się uczniom posiadającym ambicja literackie i plastyczne.

Uczestnikami konkursu – na zasadzie dobrowolności – mogą być uczniowie pruszkowskich szkół podstawowych, gimnazjalnych i średnich.

Prace będą oceniane i wyróżniane oddzielnie dla szkół podstawowych, gimnazjów i szkół średnich.

Organizator przewidział nagrody i dyplomy za pierwsze, drugie oraz trzecie miejsce. Wszyscy uczestnicy Konkursu zostaną uhonorowani dyplomem pamiątkowym.

Najlepsze prace będą opublikowane przez Książnicę Pruszkowską na jej stronie internetowej oraz na zorganizowanej pokonkursowej wystawie plakatów.

Zadaniem uczestników konkursu będzie zapoznanie się ze wspomnieniami Aleksandra Żuławskiego-Rozenbluma, a następnie przetworzenie ich treści w utwór literacki lub graficzny w postaci plakatu. Dopuszczalne są elementy fikcji. Utwór nie musi odnosić się do całości wspomnień, może dotyczyć wybranego fragmentu.

Cztery formy konkursowe:

    Krótkie opowiadanie, nie dłuższe niż dwa tysiące słów.
    Wiersz nie dłuższy niż 150 słów.
    Sztuka dramatyczna lub scenariusz filmu dla akcji nie dłuższej niż 30 min.
    Wykonanie plakatu, który byłby ilustracją przeżyć Olka i jego rodziny. Odzwierciedlenie dramatu matki i jej dziecka żyjących po „aryjskiej stronie” z fałszywymi papierami i prawdziwym wyrokiem śmierci. Dramat bezbronnych osaczonych przez absolutne Zło, próbujących uniknąć śmierci z małymi szansami na powodzenie.

Jeden uczestnik może nadesłać prace w dwu lub więcej formach.

Termin nadsyłania prac: 10 stycznia 2016 r.

Termin ogłoszenia wyników konkursu: 20 stycznia.

Prace konkursowe opatrzone pseudonimem ( nie podpisane) oraz dane autora w osobnej kopercie opatrzone tym samym pseudonimem należy dostarczyć na adres:

Książnica Pruszkowska im. H. Sienkiewicza

ulica Kraszewskiego 13

05-800 Pruszków

Organizatorzy zastrzegają sobie prawo do nie przyznawania żadnych wyróżnień w wypadku małej ilości nadesłanych prac lub ich niskiego poziomu.

Relacja: Aleksander Żuławski-Rozenblum (Hajfa, Izrael, 2007)

Kilka wspomnień z okresu okupacji

Są pewne osobiste, nietypowe wspomnienia, które wryły się w pamięć dziecka (urodziłem się w grudniu 1935 roku) i które chciałbym tu opisać.

Byliśmy w getcie warszawskim. Ja mieszkałem z ojcem i matką, rodzicami matki i jakimiś krewnymi przy ulicy Nowolipie 40 a. Dziadek Gutman Rozenblum mieszkał z żoną Judytą razem ze swoimi córkami przy innej ulicy. Powoli stawało się coraz gorzej. Na naszym podwórku, w podziemiu był sierociniec. Co pewien czas wynoszono z niego zmarłe dziecko. Ojciec chodził przymusowo na różne roboty publiczne. Na nasze podwórko przychodziły dwie dziewczynki i śpiewały: „Ja nie chce oddać bone”. Czasami ktoś przez okno rzucał im monetę.

Ostatniego dnia 1941 roku zmarł Gutman. Jego żonę zabrano do obozu zagłady latem 1942 roku. Babka Nastka (Anastasia) zmarła w naszym mieszkaniu 3 stycznia 1942 r. Widziałem jak ją wynosili z mieszkania. Pochowano ją na Okopowej. Mojego ojca, Mariana Rozenbluma, zabili Niemcy we wrześniu 1942 r. podczas łapanki, ponieważ bił się z policjantem żydowskim, nie chciał wejść na ciężarówkę wywożącą ludzi na zagładę. Wywieziono wtedy dziadka Maurycego Knotta. Po pewnym czasie już nikt nie pozostał z rodziny.

Panował straszny głód. Nagie trupy, przykryte gazetami leżały na chodnikach. Kiedyś stojąc na ulicy widziałem dwóch małych dzieciaków w moim wieku, idących jezdnią i niosących bańkę z zupą. W pewnym momencie jeden z nich potknął się i trochę zupy wylało się na bruk. Od razu wylizali tę zupę z bruku, razem z brudem.

Zachorowałem na tyfus brzuszny. Nie było lekarstw. W wyniku komplikacji dostałem wody w brzuchu. Lekarz sprowadzony przez matkę powiedział, że jedyne, co można zrobić, to mierzyć mi brzuch sznurkiem. Jeśli brzuch zacznie opadać, to znaczy, że są szanse na przeżycie. W końcu brzuch zaczął się zmniejszać i jakoś przeżyłem.

Matka pracowała w szopie Toebbensa. Ponieważ były łapanki, pewnego dnia postanowiła zabrać mnie do szopu. Przy bramie sprawdzano, kto wchodzi, więc ona wepchnęła mnie pod swoje palto. Tak przeszliśmy przez bramę. W hali wsadziła mnie do wielkiej drewnianej skrzyni, która stała koło niej i do której wkładała niemieckie szynele po przyszyciu do nich guzików. Ja tam zasnąłem.

Okazało się, że właśnie tego dnia przyszli niemieccy oficerowie na inspekcję, aby sprawdzić, co się dzieje w szopie. Wyobrażam sobie, co wtedy matka przeżyła. Wystarczyło, abym się obudził i poruszył pod szynelami w tej skrzyni. Po powrocie do domu, okazało się, że była tu łapanka. Niemiecki żołnierz kolbą karabinu rozwalił nasze drzwi i znalazł w mieszkaniu, ukrytego w szafie, jakiegoś naszego krewnego. To straszny widok takie rozwalone drzwi, które powinny zapewniać człowiekowi bezpieczeństwo.

Ale w końcu złapali i mnie, tak jak innych w naszej dzielnicy. Szliśmy z kuzynką młodszą ode mnie o pół roku razem z wielkim tłumem ludzi na Umschlagplatz. Ja starałem się zwalniać kroku i dostać się na koniec tłumu. Udało mi się, ale wtedy znalazł nas żołnierz, który pilnował tego tłumu. Kazał iść do przodu. Był to może Ukrainiec, bo trochę go rozumiałem. Powiedziałem, że nie mamy siły. Ponieważ tłum zatrzymał się, zaprowadził nas do środka, do rikszy. Siedziała w niej para bardzo starych ludzi. Kazał im zejść i rozkazał nam wsiadać. Powiedziałem wtedy, że oni są bardzo starzy. Ale on na to nie zwrócił uwagi. Zrozumiałem, że to już koniec. Nic już nie mogłem zrobić. Tłum ruszył. Po pewnym czasie, kiedy riksza się zatrzymała wysiadłem z niej razem z kuzynką. Zacząłem zwalniać kroku i znalazłem się na końcu tłumu. Obróciłem się i ruszyliśmy powoli w odwrotnym kierunku. Szliśmy, ale czekałem na krzyk tego żołnierza, abyśmy wrócili. Widocznie był on zajęty popędzaniem tłumu do przodu i nas nie zauważył. Ulica była pusta, nie było tam wtedy żywego ducha. Była to dziwna ulica, bardzo długa, jak na wyobrażenie dziecka. Z jednej strony jakby przemysłowe budynki, z drugiej puste pole. W połowie drogi zauważyłem, że przed wejściem do jakiegoś domu stoi dwóch żołnierzy z bronią. Znowu wyobraziłem sobie, że to nasz koniec. Ale oni nie ruszyli się, więc poszliśmy dalej z kuzynką, którą trzymałem za rękę. Kiedy skończyła się ta ulica, nie wiedziałem już dokąd mamy iść. Zastukałem w zamknięte drzwi lokalu, który, jak dziś mi się wydaje, był apteką. Wystraszona kobieta otworzyła nam drzwi i kazała się schować. Wieczorem sprowadzili moją płaczącą matkę, która była pewna, że już mnie straciła.

W końcu matka zdecydowała się uciec ze mną z getta. W nocy otworzono nam bramę. Przeszliśmy przez skrzyżowanie ulic. Po drugiej stronie ulicy czatował szmalcownik. Nie wiem jak matce udało się wyjść z tej sytuacji. Pewnie mu dała jakieś pieniądze. Szliśmy z walizką. Nie wiem jak nocą matka odnajdywała drogę, którą szliśmy. Na ulicach nie było żywej duszy. Po pewnym czasie zaczęła mnie boleć noga i powiedziałem, że nie mogę dalej iść. Matka zostawiła naszą walizkę pod witryną jakiegoś sklepu, z resztką tego, co jeszcze posiadaliśmy, wzięła mnie na ręce i tak doszliśmy do celu.

W nocy zapukaliśmy do mieszkania pana Stanisława Trojanowskiego. Jego żona Felicja była siostrą babki ze strony matki. On otworzył, pomyślał chwilę i zaprosił nas do mieszkania. Gdyby tak się nie stało bylibyśmy zgubieni. Trojanowski miał żonę i córkę Annę starszą ode mnie o pięć lat. W końcu lat 50. ona urodziła bardzo znanego w Polsce pieśniarza i poetę. Za ukrywanie nas groziła gospodarzowi śmierć wraz z rodziną.

Trojanowski zbudował w mieszkaniu kryjówkę, może mniej niż metr szerokości. Drugą ścianę z otworem zasłanianym biblioteczką. Kiedy ktoś dzwonił trzeba było niezwłocznie tam wejść. W skrytce było zupełnie ciemno i wyglądało jak w grobie. Trojanowski zdobył dla nas kenkartę, a dla mnie świadectwo urodzenia na nazwisko Żuławski, urodzony w Lidzie 19 stycznia 1937 r. i ta zmiana daty urodzenia spowodowała w moim późniejszym życiu wiele zamieszania.

Po pewnym czasie ktoś z sąsiadów napisał na drzwiach, że tu są Żydzi. Trojanowski musiał niezwłocznie znaleźć dla nas nowe lokum. Byliśmy u jakiejś wdowy. Podobno bardzo religijnej. Przez długi czas przyglądałem się ukradkiem przez okno dwóm chłopcom, którzy po szkole schodzili na podwórko i siedząc na ziemi bawili się ołowianymi żołnierzami. Przez długi czas prosiłem matkę, żeby mi pozwoliła zejść do nich i pobawić się z nimi. W końcu się zgodziła. Zleciałem po schodach na podwórko i stanąłem koło nich. Czekałem na zaproszenie do zabawy. Wtedy jeden z nich powiedział: „Żyd”. Świat mi się zawalił. Pobiegłem do domu i powiedziałem o tym matce. Następnego dnia mieszkaliśmy już w innym miejscu. Potem w jeszcze jednym miejscu. Tylko jeden raz opuściłem dom, w którym mieszkaliśmy. Zachorowałem na zapalenie ucha i ból był straszny. Stach załatwił nam jakiegoś lekarza, Zawiązano mi twarz bandażem i kiedy było już ciemno pojechaliśmy tramwajem. Tam dostaliśmy lekarstwo. Na szczęście nikt nas wtedy nie złapał.

Pierwszego sierpnia 1944 wybuchło powstanie. Stach zaprowadził nas do swojej szkoły na Żoliborzu, gdzie był kierownikiem. Tam było dużo ludzi szukających schronienia. Za to, co dla nas uczynił otrzymał od Yad Vashem medal „Sprawiedliwy wśród Narodów Świata”. Podczas powstania byłem już jakby wolnym człowiekiem. Jakoś nikt nie interesował się czy jestem Żydem czy Chrześcijaninem. Bomby rozwalały okoliczne domy jeden za drugim. Problemem było zdobycie czegoś do jedzenia i picia. W końcu i w nasz dom trafiła bomba i zawalił się, ale ludzie odkopali piwnice, w której byliśmy i uratowali nas. Żoliborz poddał się.

Potem była selekcja. Po Dulagu, obozie przejściowym, który znajdował się w naszym rodzinnym mieście, wysłano nas za Kraków do wsi, której nazwy już nie pamiętam. Wieczorem przyszli z lasu partyzanci i powiedzieli mamie, że dają nam 10 dni na zniknięcie z tej wsi, inaczej wydadzą nas Niemcom.

Pojechaliśmy koleją do Krakowa, bo tam mieszkał ktoś, kto miał pieniądze naszej rodziny, potrzebne do przeniesienia się w inne miejsce. Matka znała tylko imię i nazwisko tego człowieka. Dowiedzieliśmy się, że są cztery osoby o takim nazwisku w Krakowie. Pod pierwszym adresem mieszkał ktoś inny. W drugiej dzielnicy trudno było znaleźć poszukiwany dom i matka spytała pewnego człowieka spotkanego na ulicy o szukany adres. Okazało się, że to była dzielnica folksdojczów i on też nim był. Świetnie mówił po polsku. Poprosił o kenkartę i stwierdził, że mój ojciec na pewno nazywał się Mosze, a nie Marian. Mimo zaprzeczeń matki postanowił zaprowadzić nas na Gestapo. Ja byłem dla niego dowodem żydostwa. Ale idąc na Gestapo trzymał moją matkę za rękę, bo wiedział że dziecko idzie zawsze za matką. Szliśmy ulicą bez końca. Matka zaczęła lekko machać ręką. Długo nie mogłem zrozumieć, co ona chce mi przekazać, bo szedłem kilka kroków za nimi. W końcu zrozumiałem. Przechodząc koło poprzecznej ulicy puściłem się biegiem i biegłem aż do utraty sił.

Ludzie powiedzieli mi, którym tramwajem dojechać na dworzec główny. Dojechałem tam i dobrzy ludzie mi pomogli. Starsza kobieta, która być może pracowała na dworcu z ramienia Czerwonego Krzyża, zapytała, dokąd chcę dojechać. Wieczorem sprowadziła trzech kolejarzy, którzy zabrali mnie nocnym pociągiem, bez biletu, i wysadzili na właściwej stacji, o nic się nie pytając. Raz tylko kazali mi schować się pod ławkę, kiedy jakiś człowiek szedł korytarzem wagonu. Nad ranem wysiadłem na stacji, z której było już tylko kilka kilometrów do wsi. Również matce udało się uwolnić od tego folksdojcza. Godzinę po mnie przyjechała innym pociągiem i trzeba było widzieć jej szczęście, kiedy spotkała mnie na polnej drodze. Zostaliśmy przeniesieni do innej wsi pod Krakowem, nazywała się Ojrzanów. Zapadła, biedna wieś.

W sąsiedniej wsi był kościół. Ksiądz dostał trochę starej odzieży dla rozdziału między potrzebujących. Matka poszła poprosić o coś dla nas. Ksiądz jej powiedział, że jesteśmy Żydami i nam to nie przysługuje. Wreszcie jednak dostała jakieś ubranie i buty dla mnie. Trzeba zaznaczyć, że ksiądz nikomu o tym nie powiedział.

W końcu oddziały niemieckie cofając się przybyły do naszej wsi. Kilku zakwaterowało się w domu, w którym mieszkaliśmy. Już widać było koniec wojny i trzeba było przetrwać pobyt żołnierzy. Siedziałem w ciemnym kącie i ze strachem przyglądałem się im. Wieczorem czyścili zęby szczoteczkami. Wojna nie wojna. Rano ruszyli w dalszą drogę. Następnego dnia przed wieczorem przybyli żołnierze rosyjscy. Otworzyli puszkę marmolady, pokroili chleb, posmarowali marmoladą i mnie też dali. Oni wieczorem nie myli zębów szczoteczkami.

Dla nas wojna zakończyła się. Byliśmy wolni! W kwietniu 1945 roku wróciliśmy do Pruszkowa.

BW

 


logo legimi


 

Kontakt

Biblioteka Publiczna m. st. Warszawy
Biblioteka Główna Województwa Mazowieckiego
ul. Koszykowa 26/28
00-950 Warszawa, skr. poczt. 365
Logo Jak Dojade.pl     Jak dojadę?
Wskazówki dojazdu dostępne w serwisie jakdojade.pl
Informacje: tel. 22 628 31 38
info@koszykowa.pl